Bez życia a też piękne

0

Autor Ewa | Kategoria: Co w trawie piszczy | Data: 30-12-2013

Grudzień nas rozpieszcza. Można rzec, że piękną wiosnę mamy tej zimy. Już miesiąc temu oficjalnie pożegnałam sezon ogrodniczy, zamykając ogródek na siedem spustów. Ale jak tu go nie odwiedzić, gdy słońce radośnie się uśmiecha, niebo czaruje błękitem, a ciekawość „co tam może w ogródku się teraz dziać” popycha do spaceru w jego kierunku.

Poszłam więc do mojego ogródka, który zwyczajowo o tej porze roku jest przysypany śniegiem i śpi snem zimowym w najlepsze. Pierwszy raz odwiedziłam go w grudniu i sama nie wiem czemu wcześniej tego nie robiłam. Okazało się, że ogród wcale nie jest taki śpiący – trawa zielona, bluszcz ma się całkiem dobrze, kobierce rogownicy urzekają świeżością, jakby roślina ta zapomniała, że lato dawno się już skończyło.

Jednak  najbardziej zdziwiło mnie to, że nawet to co w ogródku jest już martwe, również urzeka pięknem. Latem cały ogród ozdobiony jest rudbekią, która nie wiedzieć kiedy i jak, rozsiewa się co roku, dzięki czemu przez całe lato do późnej jesieni mam w ogrodzie złociste kwiaty. Dziś zobaczyłam je pierwszy raz zimą – sterczały dumnie, ze spuszczonymi kołnierzykami, które kiedyś były żółtymi, radosnymi płatkami.

Rudbekia / Fot. Ewa

Również hortensje, które latem zachwycały wielkimi, kremowymi kulami złożonymi z maleńkich kremowych kwiatuszków, teraz nadal zachwycają, chociaż kolor przybrały srebrzysto-rdzawy. Przez chwilę żałowałam, że nie ma śniegu, bo pewnie pięknie by wyglądały ze śnieżnymi czapami na wierzchu.

Hortensja  / Fot. Ewa

Nie sposób również było przejść obojętnie obok srebrzących się owoców miesięcznicy, które fachowo, choć mało finezyjnie, zwane są łuszczynami. Te lśniące jak jedwab płaskie strąki, zwane są także Srebrnikami Judasza i już chyba wolę tę nazwę od łuszczyny. Zwał jak zwał, są piękne, niesamowite, wyjątkowe – mogłabym je zerwać i wykorzystać do zrobienia suchego bukietu, ale pomyślałam, że nigdzie nie będą prezentować się piękniej, niż na tle zimowego błękitu nieba, smagane lekkim wiatrem.

Miesięcznica  / Fot. Ewa

Można spędzić długi czas w grudniowym ogrodzie, odkrywając co rusz zaschnięte cudeńka. I nawet zimne, martwe kamienie okalające zacieniony kompostownik potrafią zaskoczyć i oczarować życiem, jakie na nich tętni.

 Fot. Ewa

Pelargonie z balkonów!

0

Autor Ewa | Kategoria: Co w trawie piszczy | Data: 30-12-2013

Balkon mój zdobiły od maja przez całe lato pelargonie. Rozrastały się pięknie, kwitły miesiąc w miesiąc i zdawały się nie wiedzieć, że już lato się skończyło, jesień rozpanoszyła się w najlepsze, a nawet już zima szykuje swój pierwszy atak. Pod koniec listopada w najlepsze puszczały nowe pąki kwiatowe, rozwijały swoje różowe kwiatuszki i miały za nic kalendarz.

Fot. Ewa

Z wielką niechęcią, ale jednak musiałam w końcu zdjąć je z balkonu, bo przymrozki do przyjaciół pelargonii nie należą. Postawiłam je na parapecie i smucę się, że sezon na te kwiaty się skończył i nadszedł czas na ich spoczynek zimowy. Zawsze mam w związku z tym kłopot. W mieszkaniu muszę nagle wygospodarować miejsce na parapetach, żeby postawić tam skrzynki z kwiatami, które przez kilka miesięcy stały na balkonie. W mieszkaniu w dodatku zimą jest ciepło, bo sezon grzewczy już się rozpoczął. Czemu tym się martwię? Ponieważ pelargonie lubią niższe temperatury zimą, gdy drzemią sobie po szalonym lecie. Dużo światła, mniej ciepła – taką mam zasadę, acz nie zawsze mi się to udaje.

Fot. Ewa

Jednak nie mam zamiaru się tym aż tak bardzo martwić, wierzę, że i tak jakoś przezimują. Troszkę jeszcze się nimi nacieszę, ale już niebawem je poprzycinam, usunę kwiatostany oraz trochę zbędnych, marniejszych liści i oszczędnie podlewając całą zimę, będę dbać o to, by kaloryfery nie dały im popalić, dosłownie i w przenośni.

W styczniu mam nadzieję uzyskać rozrośnięty matecznik, czyli młode odgałęzienia wyrastające z pączków śpiących, które uaktywniają się po obcięciu wierzchołków gałązek. Poodrywam wtedy młode sadzonki, które w wodzie będą moczyć nóżki tak długo, aż puszczą korzenie, następnie posadzę je w ziemi, pozwalając na dalsze ukorzenianie i rozrost sadzonek. W maju, gdy przyjdzie czas na ich balkonowy debiut, będą już gotowe, aby dumnie przywitać wiosnę.

Marcinki w ogrodzie, czyli z astrami przez jesień

0

Autor Ewa | Kategoria: Co w trawie piszczy | Data: 30-12-2013

Mój ogródek posmutniał już jesiennie, drzewa i krzewy stoją już nagie, pnącza bezlistnymi gałązkami owijają podpory, po bylinach pozostały zaschnięte liście i kwiatostany, a ogród coraz intensywniej przybiera barwy szaro-brązowe. W tym dość ponurym obrazie coś jednak przykuwa wzrok swoją barwą, pięknem i życiem, które wciąż tętni, nie bacząc na jesienną porę roku – to astry.

Aster w starogreckim języku oznacza to, co wydaje się idealnie do niego pasować – gwiazda. Tak, bez wątpienia na przełomie października i listopada astry są niekwestionowanymi  gwiazdami na naszych rabatach. Kiedy wchodzę do ogródka, wydają się uśmiechać do mnie. Fioletowe płatki z żółtym środkiem koszyczka wydają się nie zauważać, że nadchodzi już listopad. W ponurych, zasypiających przed zimą ogrodach, promienieją niczym gwiazdy na ciemnym niebie.

Aster krzaczasty / Fot. Ewa

Mają one również inną nazwę, naszą, polską – Marcinki. Nazwano je tak ponoć na cześć Marcina, który obchodzi swoje święto 24 października, czyli w porze, gdy astry bujnie kwitną.

W moim ogródku rośnie aster krzaczasty, czyli niska odmiana wdzięcznej byliny, który tworzy niskie i zwarte rośliny, szybko rozrastające się przez podziemne rozłogi, dzięki czemu tworzą atrakcyjnie wyglądające dywany. Marcinki świetnie sprawdzają się w ogródku – nie wymagają specjalnej troski, zimują w gruncie, ładnie się rozrastają, choć nie są ekspansywne, nie pokładają się nieestetycznie, nie trzeba więc  ich niczym niczym podpierać czy też przycinać. Ach, i jeszcze jedna ich zaleta – są miododajne, o czym zapewne wiedzą pszczoły i motyle, które nie trudno zauważyć wokół kwiatów w porze ich kwitnienia.

Aster krzaczasty / Fot. Ewa

Każdej wiosny wyrywam z ziemi malutkie sadzonki i obsadzam nimi nową rabatkę bez obawy, że się nie przyjmą. Całe lato skwapliwie ukorzeniają się na nowym miejscu, rosną i pięknieją, a we wrześniu pokazują się pierwsze pąki fioletowych kwiatuszków, które cieszą moje oczy aż do pierwszych przymrozków. I za to im chwała!

Tutaj kupisz nasiona Marcinków / astrów

Drapieżne sroki w natarciu?

0

Autor Ewa | Kategoria: Co w trawie piszczy | Data: 25-12-2013

Obudziłam się dziś dość wcześnie jak na niedzielę i leżałam, nie mogąc już zasnąć. Otwarłam okno, pomyślawszy, że skoro tak leżę i nie chce mi się ani wstać ani spać, to posłucham jak ptaszki cudnie śpiewają. Rzadko człowiek ma okazje o świcie ich posłuchać, bo albo śpi, albo zrywa się do pracy, nie myśląc o tym, co w drzewach świergoli.

Otwieram więc okno i nasłuchuję. Ale nie słyszę tego słodkiego gwaru, tych nutek wyśpiewanych z malutkich ptasich gardełek. Jest tylko cisza. Cisza co jakiś czas przerywana obrzydliwym skrzeczeniem srok!

Sroki / Fot. Ewa

Tak, one nie śpiewają tylko skrzeczą. Rzec można, że drą dzioby! Kiedy ich słucham, to zawsze mam wrażenie, że kłócą się między sobą lub na kogoś krzyczą. Śliczne są, nie powiem, mawiam na nie „polskie papugi”, bo nie licząc dzioba, trochę mi je przypominają. No i właśnie tak samo jak papugi skrzeczą! Niedawno, pewnego popołudnia, usiadły dwie na pobliskim drzewie i tak się przekrzykiwały, że musiałam zamknąć okno, żeby spokojnie oglądać telewizję.

Jednak to nic takiego, taki ich urok, więc trzeba im wybaczyć. Ale przestałam je lubić z innego powodu. Czarno-białym hałaśniczkom przestały wystarczać nadrzeczne zarośla i leśne obrzeża, więc postawiły na okupację miast. Z niezłym skutkiem. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby nie to, że są dość despotyczne. Czy też zauważyliście u siebie, że poznikały gdzieś wróbelki? Odkąd pamiętam, zawsze latem rozbrzmiewało ich radosne świergotanie na podwórkach. Dziś już nie widzę i nie słyszę wróbli. A co z ptakami, które przynoszą tyle pożytku w naszych ogrodach, dbając o to, żeby robale nie pożerały naszych plonów? Tam, gdzie zagościły sroki, trudno żyć naszym małym ptasim sprzymierzeńcom.

Badania ekologów wykazały, tak wyczytałam, że sroki-drapieżniki mimo wszystko niewielki mają wpływ na liczebność populacji innych ptaków. Ale wyczytałam też gdzie indziej, że wybierają jaja i pisklęta z gniazd zięb, szczygłów, pokrzewek, dzwońców, zaganiaczy, trznadli, wilgi i kwiczoła. Co to oznacza? Ano to, że wyżerając z apetytem zawartość czyjegoś gniazda, likwidują cały lęg, co w konsekwencji czasem prowadzi do wypierania niektórych gatunków ptaków z opanowanego przez sroki obszaru.

Badacze, ekolodzy, naukowcy, rolnicy, ogrodnicy – mają oni różne zdania w tym temacie. Sroki za ogon nie złapałam na gorącym uczynku, więc nie wiem czy ma mordercze zapędy czy nie. Może to mit, plotka niesprawiedliwa? A może, jak w każdej plotce, i w tej jest jednak trochę prawdy? Jednego jednak jestem pewna, że gdy w moim ogródku baraszkują w konarze wielkiego orzecha rozwrzeszczane sroki, to żadnego innego ptaszka nie słyszę. Więc nawet jeśli sroki nie krzywdzą innych ptaków fizycznie, to mam wrażenie, że nie mają zamiaru dzielić swoich terenów z mniejszym i słabszym krewnym.

Boże Narodzenie z gwiazdą betlejemską

0

Autor Ewa | Kategoria: Co w trawie piszczy | Data: 23-12-2013

Od dawna ta wyjątkowa roślina kojarzy nam się praktycznie wyłącznie z okresem bożonarodzeniowym. W grudniu można ją kupić zarówno w małej kwiaciarni, jak i w dużym markecie ogrodniczym. Stała się symbolem grudniowych świąt, zdobiąc nasze mieszkania w tym czasie.

Znamy ją pod najwdzięczniejszą nazwą – gwiazda betlejemska, jednak miłośnicy roślin wiedzą, że jej nazwa to także wilczomlecz nadobny lub poinsecja nadobna. Dlaczego gwiazda betlejemska? Pewnie dlatego, że jest najpiękniejsza właśnie w okresie świąt, a w dodatku dzięki swoim barwnym liściom podkwiatostanowym przywodzi na myśl biblijną gwiazdę, która doprowadziła Mędrców ze Wschodu do miejsca narodzin Jezusa Chrystusa w Betlejem.

Poinsecja przywędrowała do nas z dalekiego Meksyku, w którym nazywa się ją Flor de Noche Buena, a odkrył ją prawie 200 lat temu amerykański lekarz i dyplomata Joel Roberts Poinsett, przywożąc ją do swojej ojczyzny, po to, by 100 lat później trafiła również do Europy. Dziś możemy cieszyć się jej licznymi odmianami, różniącymi się barwą ozdobnych liści.

Dlaczego nasza gwiazda jest najpiękniejsza zimą? Ponieważ jest rośliną krótkiego dnia, co oznacza, że zawiązuje pąki kwiatowe tylko wtedy, gdy dzień się skraca, a noc wydłuża. Aby efekt był najpiękniejszy, odczuwać musi to zjawisko przez kilka tygodni. W Polsce tak jest jesienią, a to znaczy, że o tej porze roku są naturalne warunki do tego, by poinsecja zakwitła.

Czy za rok nasza poinsecja może znów zakwitnąć? Mawia się, że to kwiat jednego sezonu, ale nie dla wytrwałych osób, które odpowiednio potraktują swoją roślinę. Jeśli chcemy więc, aby w następne Boże Narodzenie znów zakwitła, to jej uprawę powinniśmy prowadzić w specjalny sposób już od dziś. Gdy roślina straci jej barwny kwiatostan, powinniśmy przyciąć jej pędy nad 2-3 oczkiem, licząc od dołu pędu. Przy okazji warto roślinę przesadzić do nieco większej doniczki, nie zapominając o drenażu i świeżej ziemi uniwersalnej. Poinsecja powinna stanąć w jasnym miejscu, być regularnie podlewana, a po około dwóch tygodniach zasilana uniwersalnym nawozem, aż do października. Od połowy października do połowy listopada, w godzinach 17.00 do 7.00  naszemu wilczomleczowi powinno się zapewnić ciemność, co zapewni mu zawiązanie pąków kwiatowych i wybarwienie kolorowych podkwiatków. Dzięki temu w Boże Narodzenie znów będziemy mieli uroczą, kolorową, żywą, świąteczną ozdobę.

Wystawa storczyków w łódzkiej Palmiarni Ogrodu Botanicznego

0

Autor Ewa | Kategoria: Co w trawie piszczy | Data: 20-12-2013

Fot. botaniczny.lodz.pl

W dniach 8-17 listopada 2013 odbędzie się w Palmiarni coroczna Wystawa Storczyków, która czynna będzie od godziny 9:00 do 16:00. Organizuje ją Zarząd Zieleni Miejskiej-Ogród Botaniczny w Łodzi, Polskie Towarzystwo Miłośników Storczyków oraz Towarzystwo Przyjaciół Ogrodu Botanicznego.

W czasie imprezy zostanie zaprezentowana ekspozycja około 200 gatunków i odmian storczyków w oryginalnej aranżacji, w tym prezentacja roślin z kolekcji członków Polskiego Towarzystwa Miłośników Storczyków oraz z kolekcji niemieckich.

Ponadto w pracowni ogrodniczej odbędą się liczne warsztaty i prelekcje.

9 listopada – sobota

– 11.00 „Warsztaty storczykowe” – Celina Kozubek-Euejda (Ogród Botaniczny w Łodzi) – można przynieść własną roślinę do konsultacji
– 13.00 ” Storczyki – to warto wiedzieć „ – Frank Röllke (Röllke-Orchideen Niemcy)

10 listopada – niedziela

– 11.00 „Warsztaty storczykowe” – prowadzi Julian Krol (Łódzki Oddział PTMS) – można przynieść własną roślinę do konsultacji

11 listopada – poniedziałek

– 11.00 „Warsztaty storczykowe” – Celina Kozubek-Euejda (Ogród Botaniczny w Łodzi) – można przynieść własną roślinę do konsultacji

– 13.00 „Rodzaj Dendrobium – niektóre  gatunki i ich przydatność do uprawy w warunkach domowej oranżerii” – Robert Błaszczyk (Oddział Łódzki PTMS)

W czasie wystawy otwarty będzie również kiermasz roślin i akcesoriów do ich uprawy i pielęgnacji oraz fachowej literatury, będzie też można uzyskać specjalistyczne porady.

Źródło: botaniczny.lodz.pl

Zatęskniłam za kaktusem bożonarodzeniowym

0

Autor Ewa | Kategoria: Co w trawie piszczy | Data: 20-12-2013

Nie tak dawno, ni z gruszki, ni z pietruszki, przypomniał mi się pewien kwiatek, który dawno temu gościł na moim parapecie. Sama nie pamiętam już kiedy to było i czemu przestał u mnie gościć. Pamiętałam jednak, że ślicznie kwitł i to zimą, gdy mało który kwiatek doniczkowy obsypuje się kolorowym kwieciem.

I jak na zawołanie, w pobliskim markecie, gdzie kupić można masło, cebulę, kuraka, odplamiacz i znicze, na regale pokazały się dziesiątki doniczek z kwiatkami z moich wspomnień. I wszystkie obsypane różowymi lub czerwonymi kwiatuszkami.

Schlumbergera / Fot. Ewa

Zapakowane w folię w kolorze płatków informowały, że to Schlumbergera. Tak? Znałam je pod nazwą zygokaktus lub kaktus bożonarodzeniowy. Ponoć też mawiają na niego grudnik. Tak więc nazw ma wiele, ale czy nazwa najważniejsza? O wiele ważniejsze jest to, że znów zdobi mój parapet, ślicznie kwitnąc w okresie Bożego Narodzenia.

Schlumbergera / Fot. Ewa

Schlumbergera o ślicznym, zwisającym pokroju i uroczych kwiatkach, należy do rodziny kaktusowatych, które zawsze wydają się zaskakiwać tym, że tak cudnie kwitną. Grudnik jest epifitem, który w naturalnych warunkach rośnie w koronach tropikalnych drzew i na skałach. Posiada pędy mocno rozgałęzione, dorastając do 15 -30 cm. Podłużne człony, połączone ze sobą, tworzą zielony, mięsisty łańcuch, a na jego wierzchołku tworzą się kwiaty. Nie posiadają cierni, jedynie na szczycie pędów można zauważyć delikatne włoski.

Schlumbergera / Fot. Ewa

Schlumbergera, nie wymaga wiele, wystarczy jej ciepłe i jasne stanowisko, na którym słońce zbytnio nie powinno przygrzewać. By pięknie kwitła, potrzebuje najpierw spoczynku, który przypada na okres sierpień – październik. A gdy już zakończy okres kwitnienia przypadający na przełom roku, wtedy należy jej znów zafundować odpoczynek, czyli niższą temperaturę w pomieszczeniu i rzadsze podlewanie.

Utrata połysku pędów po okresie kwitnienia i kurczenie się ich nie oznacza nic złego – roślina w ten właśnie sposób wchodzi w stan spoczynku. Gdy zima będzie już mijać, grudnik można zacząć oszczędnie podlewać, a gdy roślina zacznie wiosennie wypuszczać młode pędy, wtedy podlewać należy ją obficie.

Kalendarz Księżycowy Ogrodnika 2014

0

Autor Ewa | Kategoria: Co w trawie piszczy | Data: 16-12-2013

Czas mija jak oszalały, też macie takie wrażenie? Tylko patrzeć jak nadejdzie kolejne Boże Narodzenie a zaraz po nim zacznie się nowy rok. Nawet jeśli nie chcielibyśmy o tym pamiętać, to nie pozwolą nam na zapomnienie media, w których zaczyna się nas bombardować reklamami przedświątecznymi, a w sklepach pokazują się pierwsze towary, które przypominają, że handlowcy są już gotowi na świąteczne żniwa.

Czasem wydaje mi się to głupie, jednak jeśli się zastanowić, to w sumie można już myśleć nad prezentami dla najbliższych, żeby potem w panice nie biegać po sklepach i nie sterczeć w czasożernych kolejkach.

Po tym przydługawym wstępie przechodzę do sedna sprawy. Trafiłam niedawno przypadkiem całkiem na coś, co może być świetnym świątecznym upominkiem dla kogoś, kto uprawia ogród, kto kocha przyrodę, kto interesuje się światem fauny.

Kalendarz Księżycowy Ogrodnika 2014„Kalendarz Księżycowy Ogrodnika 2014 – Ogrody z Księżycem”, bo o nim mowa, to już czwarta edycja uznanego na rynku poradnika autorstwa Iwony Bigońskiej, dedykowanego miłośnikom ogrodów, który określa wpływ położenia Księżyca na rozwój roślin. Kalendarz posiada całoroczny harmonogram prac w ogrodzie i porady dotyczące roślin domowych, obfitując w cenne rady ogrodnicze na każdy dzień roku, zawiera przy tym przejrzyste symbole i oznaczenia znane z kalendarzy biodynamicznych. Zdobiony jest fotografiami Ogrodów tematycznych Hortulus w Dobrzycy.

Może być prezentem dla kogoś, może być też prezentem dla nas samych – początek roku to świetna okazja, żeby kupić sobie takie cacko, które będzie cieszyć nasze oko i doradzać przez cały rok, jak dbać o nasz ogród.

Jarzębina jesienią się czerwieni

0

Autor Ewa | Kategoria: Co w trawie piszczy | Data: 10-12-2013

Codziennie mijam jarzębinowe drzewa, które o każdej porze roku wydają się być piękne – wdzięczna, kulista forma koron tych drzew, charakterystyczne liście składające się z mniejszych podłużnych listków, urocze kwiaty biało-kremowe tworzące późną wiosną podbaldachy, no i czerwone owoce, które pokazują się na przełomie jesieni i lata.

O tej porze roku drzewa nie mają już liści, ale wciąż są bardzo dekoracyjne dzięki owocom, które znamy wszyscy. Cudownie wyglądają, gdy otuli je śnieg – wtedy jarzębina całkiem niechcący przybiera barwy narodowe. Tej jesieni śnieg, póki co, nas oszczędza, więc czerwonych korali na tle śnieżnej bieli nie widać, ale na nagich gałęziach są równie urocze.

Jarzębina / Fot. Ewa

Większość z nas chyba miała choć raz w życiu do czynienia z owocami jarzębiny. Zajęcia praktyczne w przedszkolu, gdy robiło się korale i inne ozdoby – znamy to, prawda? Świąteczne stroiki i wianki z czerwonymi kuleczkami lub jesienne suszone kompozycje kwiatowe – to również znamy.

A czy znamy jarzębinę od strony kuchni? Zjadają ją chętnie ptaki i zwierzyna leśna, zjadają też i ludzie, choć nie wszyscy pewnie wiedzą, że można. A można. Co prawda surowe owoce są niejadalne –  dzięki  kwasowi parasorbinowemu, który zawierają, są wręcz trujące. Jednak zarówno trujących właściwości,  jak i gorzko-cierpkiego smaku można łatwo pozbyć się poprzez przemrożenie owoców lub ich zanurzenie we wrzątku.

Jarzębina zawiera witaminę A, C, E, P, K, PP, posiada działanie moczopędne, usprawnia pracę układu pokarmowego. W medycynie naturalnej wykorzystuje się ją jako środek na kaszel i chrypkę. Prócz tego z powodzeniem można zaczarować z tych czerwonych owoców konfitury, dżemy, marmolady, galaretki, musy, soki, a nawet nalewki, ot choćby znany jarzębiak.

Jarzębina / Fot. Ewa

A co do czarów, to od dawna wierzono, że jarzębina chroni przed złymi mocami, odgania duchy, jeśli więc ktoś boi się diabła czy też przejawia ciągoty do pokus wszelakich, powinien posadzić obok swego domu jarzębinę. Gdzieś kiedyś też czytałam o staropolskim zwyczaju rozmawiania z jarzębiną i dotykania jej kory, jeśli dręczą nas zmartwienia, a z kłopotami nie dajemy sobie rady – po takiej małej jarzębinowej terapii, lepszej (i tańszej) od wizyty w pubie lub u psychoterapeuty, ponoć udręki mijają. Może warto więc poszukać najbliższej jarzębiny i zaprzyjaźnić się z nią z niejednego powodu?

Zielistka – zielona przyjaciółka wolna od kaprysów

0

Autor Ewa | Kategoria: Co w trawie piszczy | Data: 10-12-2013

Kwiaty doniczkowe bywają różne, są i kapryśne, wymagające specyficznych warunków i ciągłej uwagi, są też te ugodowe, przystosowujące się do warunków panujących w pomieszczeniu i pobłażliwych dla właścicieli, którzy bądź to zapominają o nich, bądź zwyczajnie nie mają do kwiatów tak zwanej ręki.

Zielistka / Fot. Ewa

Do tej drugiej grupy należy bez wątpienia zieliska. Zna ją chyba każdy, nawet jeśli nie kojarzy jej nazwy. To tradycyjna już roślinka w polskich domach, biurach, sklepach, przychodniach, urzędach. Wisi sobie zazwyczaj na ścianie lub wdzięczy się na jakiejś półce. To czego wymaga, to jako takiego światła i podlewania – wszak w ciemnościach i bez wody żadna roślina długo nie pociągnie.

W moim domu zielistka jest od zawsze. Zaczyna swój żywot od niewielkich sadzonek, rośnie w siłę, rozrasta się wzdłuż i w szerz, doczekuje się przesadzenia do większej doniczki, a gdy w niej się już nie mieści i zaczyna wyglądać jak przerośnięte trawsko, wtedy odmładzam ją, wyciągając z ziemi i rozdzielając na mniejsze sadzonki. A jeśli już jest zwyczajnie brzydka, bo to się zdarza u wiekowych zielistek, to zwyczajnie się z nią żegnam, pozostawiając jej młode pędy, których nigdy nie szczędzi.

Zielistka / Fot. Ewa

Tak też stało się ostatnio. Moja zielistka zwyczajowo wypuściła długie zwisające pędy zakończone malutkimi zielistkami, które z czasem rosły, zdobiąc całą roślinę. Po czasie pourywałam te maluchy, włożyłam do szklanki z wodą i poczekałam aż się ukorzenią.

Zielistka / Fot. Ewa

Miały na to dużo czasu, bo zawsze przekładałam moment zasadzenia do ziemi. Dolewałam tylko wodę i odkładałam tę czynność w nieskończoność. W końcu uznałam, że czas na to najwyższy, bo korzenie są już słusznych rozmiarów i powinny już opuścić wodę na korzyść pulchnej, pożywnej ziemi.

Zielistka / Fot. Ewa

W doniczce rośnie więc sobie kolejna śliczna kępka, która za jakiś czas znów wypuści naziemne pędy, dodając roślinie wdzięku i lekkości. A gdy zechcę ją rozmnożyć lub obdarować kogoś sadzonkami, wtedy zetnę młode roślinki, dzięki czemu zielistka nigdy nie zniknie z naszych ścian i parapetów.

statystyki odwiedzin stron internetowych